Wydawnictwo „Znak”, katolickie z tradycji i polskie z miejsca urodzenia, znów rozpoczęło długą promocję kolejnego paszkwilu na naszą Ojczyznę, autorstwa pewnego socjologa, któremu wydaje się, iż jest także historykiem. Ponieważ ten Pan był łaskaw mnie personalnie  zaatakować i ponazywać obraźliwym słowem (przynajmniej taka była intencja użycia pojęcia: „katoendecja”), nie widzę powodów by z przyczyn kurtuazyjnych tonować swoje oceny. Oczywiście nie znam najnowszej jego książki . Warto jednak przygotować się do jej lektury za sprawą przypomnienia najważniejszych tez, wyartykułowanych lub jedynie insynuowanych w poprzednich dwóch książkach tego samego autora.

W pierwszej z nich, pt. „Sąsiedzi”, obarczył on Polaków nie tylko współuczestnictwem w holokauście na terenach II RP zajętych wcześniej (w latach 1939 – 1941) przez Sowietów, ale nadto obarczył nas winą za pamięć – według autora antysemickie uprzedzenia – o postawach żydowskich wobec drugiego okupanta Polski po 17 września 1939 r. Wpisał się – po raz pierwszy, ale nie ostatni – w tradycję PRL-owskiej propagandy obecnej także w historiografii żydowskiej, wedle której komuniści byli alternatywnymi – do rządu RP w Londynie i Anglosasów – wyzwolicielami Polski i „ludu pracującego miast i wsi”. Nawet lepszymi, bo zwycięskimi, czyli wykazującymi realizm, a dla Żydów pierwszymi dającymi im prawo do samorozwoju. Jedynie przyjęcie tej wykładni dziejów miało zmazać z Polaków rzekomą hańbę kolaboracji z Niemcami skierowaną przeciwko Żydom, a w dalszym planie – światłym komunistom sowieckim i polskim.

W drugiej swej pracy, pt. „Strach” pogłębił niektóre tezy, którymi irytował nas i w pierwszej pracy, a także wyartykułował nowe – równie wątpliwe z punktu widzenia prawdy historycznej i szacunku do wrażliwości Polaków, ale tym ważniejsze z punktu widzenia realizacji pewnego projektu tyczącego się pamięci Polaków o własnych dziejach (ze szczególnym uwzględnieniem XX wieku). Otrzymaliśmy bowiem porcje kalumni na temat rzekomego zarażenia się przez Polaków hitlerowską nienawiścią do Żydów, co skutkowało masowym – rzecz jasna – udziałem w holokauście po holokauście, jaki odbył się na ziemiach polskich – w domyśle wyzwolonych od ciemiężcy – po 1945 r. Nosicielami hitlerowskiej tradycji, patologii, poglądów i praktycznego stosunku do Żydów, a zatem postaw, były – zdaniem autora „Strachu” – dwie instytucje najbardziej krwawe i antyludzkie: Kościół katolicki i podziemie niepodległościowe. To za ich sprawą, przez czynne wpisanie się w holokaust po holokauście lub zaniechanie, Żydzi zaczęli po lipcu 1946 r. opuszczać Polskę, mimo usilnych prób ratowania kultury żydowskiej podejmowanych przez światłych komunistów i postępową inteligencję, w tym nieliczną warstewkę tolerancyjnej inteligencji katolickiej funkcjonującej  w getcie , na obrzeżach antyludzkiej i obskuranckiej „katoendecji’ , oczywiście w redakcji „Tygodnika Powszechnego” i „Znaku”. (W domyśle, fakt że ta ciemnogrodzka społeczność znajdowała się wówczas głównie kilka centymetrów pod ziemią lub w więzieniach stalinowskich uchodziła uwadze tak autora dziś, jak i światłej inteligencji lewicowej wówczas). Przyjęcie tej wykładni polskich dziejów, to warunek sine qua non osiągnięcia statusu narodu przyzwoitego, przyjaciela Żydów . Oczywiście, w tle jest jeszcze kwestia zadośćuczynienia za – przyjęte w domyśle – zbrodnie polskie.

I właśnie ta trzecia praca, wkrótce wydana przez wydawnictwo „Znak” ma zapewne przypomnieć - historykom, publicystom i w końcu politykom – ciąg myśli, który tu próbowałem wyjaśnić i rozjaśnić przyszłemu czytelnikowi. Teza o masowym udziale Polaków w okradaniu trupów, o polskich hienach cmentarnych, ma wywołać w nas (głównie w młodym pokoleniu) skruchę i gotowość do potępienia swych dziadków.  I znów, inna wizja historii przyjmowana przez ksenofobicznych Polaków, będzie na zawsze – zdaniem autora – spychała nas w otchłań laickiego piekła,  przygotowaną przez światowe siły postępu. Bicie się w piersi zaś dokonane przez w/w elity historyków, publicystów i polityków, pozwoli na ich zaistnienie w salonach postępowego świata. Wystarczy przecież tylko – de facto – wyrzec się polskości, wyrzec się prawdy o walce Polaków o niepodległość w XX wieku (przez rok 1920, okres II wojny i powojnia), wyrzec się niezdrowej pamięci o zdradzie komunistów i ich sojuszników, o bardziej skomplikowanych relacjach polsko-żydowskich, w których winą nie można obarczyć jedynie jednej strony. Postawa Polaków wobec narodu żydowskiego w czasie II wojny światowej była zależna od wielu czynników, wśród których z jednej strony najważniejszym było wychowanie katolickie z przykazaniem miłości normującym sumienie, a z drugiej strony lęk o swych najbliższych, o których bezpieczeństwo dopominało się to samo sumienie, a także naturalna bojaźń i słabość odkrywana w sobie w chwilach sprawdzenia. Niewątpliwie, na drugim czy trzecim planie dopiero należy widzieć inne czynniki wspierające lub oddalające chęć lub możliwość niesienia pomocy „obcym”, do których należała m.in. świadomość antypolskich postaw Żydów tak przed 1939 r., jak i po - żywych wśród widocznej w przestrzeni publicznej części narodu żydowskiego, szczególnie na Kresach Wschodnich pozostających od 1939 r. (z przerwą na lata 1941 – 1944) pod okupacja sowiecką.  Z kolei, na dalszym planie można dopatrzeć się ewentualnie zależności między poglądem danego Polaka na temat Żydów sprzed 1939 r., a jego postawą wobec bliźniego w nowych warunkach okupacji niemieckiej. Fakt, że wielu narodowców ratowało Żydów świadczy jedynie o tym, że wnioski płynące z tej analizy nie powinny być zbyt  płytkie.

Publikacje powyższe mają tę cechę, że opisując jednostkowe zjawiska prawdziwe dokonują fałszywych ocen syntetycznych, obraźliwych dla tej części Polaków, którzy utożsamiają się jeszcze z dziedzictwem swych przodków . Druga ich cecha polega na próbie zobiektywizowania egocentrycznego widzenia wydarzeń II wojny światowej, w którym nie ma miejsca na inny, narodowy punkt widzenia. Interesy i potrzeby narodu żydowskiego stają się dla autora potrzebami obiektywnymi, do których w pozycji klęczącej winny odnosić się inne społeczności, jeśli nie chcą otrzymać stygmatycznej etykiety: „antysemici”. Historiografia żydowska ma w tym względzie spore tradycje, także z okresu II RP, w którym to państwie instytuty naukowe żydowskie mogły w sposób zupełnie wolny budować swoją egocentryczną narrację, w zdecydowanej większości anty, bądź apolską, kontestującą szkołę tzw. asymilatorów.  Ta ostatnia dopuszczała bowiem konieczność dowodzenia, iż pobyt społeczności żydowskiej w granicach państwa polskiego wymagał także poświęcenia ze strony osiadłych przybyszów. Pozostałe szkoły, od syjonistycznych, po marksistowsko-prosowieckie, prowadziły egocentryczną politykę historyczną, szukającą odpowiedzi na pytania interesujące jedynie społeczność żydowską pozostającą w diasporze, w państwie – póki co – niechcianym. Praca socjologa zza oceanu wychodzi w Polsce w chwili, gdy instytucje odpowiedzialne za prowadzenie polityki historycznej przeszły z rąk ofiar katastrofy smoleńskiej w ręce miłośników tzw. „modernizacji”, dla których przeszłość, dziedzictwo pokoleń podtrzymywane w rzekomo „ksenofobicznej’ formie , może stać się balastem.  Tym trudniej przyjdzie nam bronić się przed manipulacją, zastawionymi pułapkami i zdolnie przeprowadzonymi insynuacjami.